wtorek, 18 lutego 2014

Hedwiga

dwa tygodnie temu wybraliśmy się na giełdę w Lubinie w poszukiwaniu "czegoś fajnego". efekty bardzo szybko przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. już na jednym z pierwszych stoisk ze starociami, gdzieś pod stertą rowerów, suszarek ogrodowych i innych rupieci, udało nam się wypatrzyć całkiem nieźle zachowanego singera. bliższe oględziny tylko wzmogły nasz entuzjazm, a cena - w pozytywnym sensie - totalnie nas zabiła. nie było nad czym się zastanawiać - trza było brać. podróż pociągiem do Wrocławia z wszelkimi jej atrakcjami przemilczę:D no dobra, cała konduktorska załoga miała niezły ubaw;)

cacuszko dotarło całe, zdrowe i mimo kilku brakujących drobiażdżków jest w pełni sprawne. i nazywa się Hedwiga:) jestem pod wielkim wrażeniem, jak D. szybciutko doedukował się w temacie (mam nawet wrażenie, że Hedwiga jest bardziej jego oczkiem w głowie niż moim;) ), w związku z czym wiemy, że maszynę wyprodukowano w latach trzydziestych, choć seria jako taka wystartowała w 1908 r., a stolik, mimo początkowych obaw, jest oryginalnym dla tego modelu. wiemy też, czego brakuje, więc drżyjcie targi staroci:D

kwiatkową szmatkę można traktować jako zajawkę;) niech no mi się tylko zachce zrobić zdjęcia...

głupio tak na teoretycznie-krafciarskim-blogu tylko chwalić się zakupami, postanowiłam więc pokazać wreszcie spódnicę uszytą jeszcze jesienią, za moich orientalno-tanecznych czasów. straciłam już nadzieję, że kiedykolwiek zabiorę się za jakąś obróbkę tych fotek, więc muszą wystarczyć takie, jakie są.
oto moja pierwsza 10-jardówka, szyta z myślą o tribalu. spodziewałam się, że produkcja będzie znacznie bardziej uciążliwa. może kiedyś skuszę się na 25-jardówkę, ot tak, dla samej radości z dzikiej ilości materiału na dole, ale na zajęcia raczej się w niej nie wybiorę. już tą założyłam raz i po godzinie doszłam do wniosku, że faluje najpiękniej na świecie, ale i tak wolę swoje dresy <3