sobota, 24 września 2011

schyłek lata

astronomicznie mamy już jesień, chociaż wyglądając przez okno trochę nie chce się w to wierzyć:) dopiero wychodząc na balkon czuję w powietrzu zapowiedź długich i chłodnych wieczorów, ale mam nadzieję, że zbyt prędko one nie nadejdą. szczególnie po tegorocznym lecie, które ani nie było specjalnie słoneczne, ani gorące i jakoś tak przeciekło mi między palcami...
pora powoli zająć się kompletowaniem cieplejszej garderoby i przeorganizowaniem szafy:) tymczasem wygląda na to, że udało mi się nie dość, że skończyć wymarzonego ciucha, to jeszcze go obfocić! to niestety nie zdarza się często, bo kilka ubranek już zostało nieźle znoszonych, a nadal nie doczekały się żadnego uwiecznienia...;) ciągle obiecuję sobie to nadrobić. i w końcu to zrobię!:D
przyznaję bez bicia, że ciuszek jest bezczelną zżyną, ale widząc to zdjęcie po prostu się zakochałam! szkoda, że tak późno (tzn już po obmyśleniu wszystkiego i skrojeniu) odnalazłam cały wpis dotyczący tej spódnicy. oszczędziłoby mi to kombinacji z ilością klinów, sposobów zapinania i innych atrakcji. koniec końców stanęło na czterech klinach i spódnicy "wciąganej" i dopasowywanej za pomocą wiązania gorsetowego wspomaganego dwoma zatrzaskami. czyli w sumie aż taka zżyna to jednak nie jest:)
zdjęcia świeżutkie, pstrykane dzisiaj podczas spaceru po parku staromiejskim, przy okazji łapania ostatnich ciepłych promyków:)


fot. J. S.

a skoro już dzisiaj jesteśmy przy tematach krawieckich i końcach, to udało mi się jeszcze ostatnio skończyć walkę z sukienką koleżanki, która po zrzuceniu paru kilogramów zaczęła wyglądać dość workowato. no a poza tym nudna była straszliwie! zwęziłam ja więc tu i ówdzie, pasek wymieniłam na szarfę i doprawiłam zwiewne niby-rękawki. nie mam zdjęcia Sylwii "przed", ale na wersji "po" widzę całkiem niezłą laskę i cieszę się, że miałam w tym swój malutki udział:)