piątek, 22 kwietnia 2011

aaaale się działo ostatnio!:) niecraftowo - ale to nie miejsce i czas aby o tym pisać; i craftowo też oczywiście. po kilkunastu (-dziesięciu?) miesiącach czajenia się, udało mi się wreszcie wybrać na warsztaty z filcowania. od razu zaliczyłam oba kursy (z filcowania na mokro i sucho), bo się zdecydować nie mogłam, a poza tym jak szaleć to szaleć:D no i oto są efekty zabaw z "rozpoznaniem terenu":
są już też pierwsze małe sukcesy (przynajmniej w moim odczuciu;P) w kierunku filcowania świadomego, a nie eksperymentalnego, jak powyżej:
jestem zachwycona lekkością i efektownością tych kolczyków! no a poza tym są moje, własne, prywatne, tymi rencyma wymotane;P i cieszą no!

jako, że w międzyczasie udało mi się jeszcze przy okazji zestarzeć, to muszę pochwalić się dwoma prezencikami otrzymanymi z tej okazji.
Madzia sprezentowała mi cudownie haftowaną torbę. a że strasznie mi jej szkoda (+10 do destrukcyjności) i nie ma opcji, żebym używała jej na co dzień, bo długiego życia to jej nie wróży, postanowiłam ulokować w niej świeżo zdobyty osprzęt do filcowania. przy takim układzie będę z niej często korzystać, a prawdopodobieństwo zniszczenia ogranicza się do minimum:)
drugi prezent to książka od Ani. no i chyba już wiem jaka będzie kolejna dziedzina tfu-rczości jaką się zajmę;P od kilku lat chciałam nauczyć się szydełkować, a teraz wreszcie mam motywację (szydełkowy cthulhu rozbroił mnie totalnie!) i jakąś podstawę teoretyczną, którą może będę w stanie zrozumieć....;)

ostatni nius na dziś to wieści z muzycznego frontu i dowód na to, że moje dzieło życia jest jednak używane (a nie trzymane w domowym zaciszu, coby się przypadkiem nie zniszczyło;P hmmm... czy ja dzisiaj nie napisałam czegoś podobnego?:D).  strasznie się cieszę, że się do czegokolwiek nadaje, nawet jeśli nie do końca dogadaliśmy się z rozmiarami;P

fot. C. Tedesco

niedziela, 3 kwietnia 2011

nie wiem, jak to się dzieje, ale zwykle gdy coś, co wymajstruję, bardzo mi się podoba, to za Chiny nie udaje mi się zrobić porządnej fotki...;) a to nie ma czasu (bo kończę rzutem na taśmę lub jestem tak zachwycona efektem, że od razu lecę kogoś obdarować), a to się bateria wyczerpała w aparacie, a to światło kijowe... a potem idą w świat i szansa na lepsze zdjęcie często odchodzi bezpowrotnie. tak też było w przypadku dwóch świeżo uszytych rzeczy.



pokrowiec na pałeczki w piątek poleciał razem z nowym właścicielem do Rzymu. jak dotychczas to chyba najbardziej skomplikowany projekt jaki wykonałam, i w który włożyłam sporo pracy. no ale nie odmawia się perkusiście ulubionego zespołu:))) niestety, mimo różnorakich kombinacji nie udało mi się zrobić zdjęcia, na którym miśki wyglądałyby jak w rzeczywistości:( te skrajne są bardziej morskie niż błękitne, te najciemniejsze bardziej fioletowe niż granatowe, pomarańcz też nie ta... zbliżenia już troszkę lepiej oddają kolory:


w każdym bądź razie, liczę na lepsze kolorystycznie fotki z pokrowcem w użyciu:) bo mam nadzieję, że do użytku się on będzie nadawał:D prawdę mówiąc, byłam przerażona, kiedy zobaczyłam w jakimś sklepie internetowym jak wyglądają profesjonalne pokrowce na pałeczki, bo wyobrażałam sobie to całkiem inaczej. bardziej jak hmm... etui na długopisy? nie miałam zielonego pojęcia jakie powinny być odpowiednie wymiary i na co zwrócić uwagę, ale chyba wyszło fajnie, a tak przynajmniej twierdzi nowy właściciel. i to najważniejsze:) mam nadzieję, że chłopaki uśmiechną się widząc moje "dzieło" przy tworzeniu nowej płyty:)


Maciuś - kot torebkowy, czyli urodzinowego maratonu ciąg dalszy:) Maciuś, od imienia kota przyjaciółki, powędrował do niej dziś w związku z jej świętem. co tu wiele pisać, wszystkiego naj jeszcze raz Myszaku:*
hmmm... no może jeszcze tylko tyle, że kolory znów nie te, bo kot jest w kolorze ecru, i obszyty jest nitką w pięknym odcieniu fioletu:)

(w tworzeniu zdjęcia udział wzięli: K. <jako fotograf>, Alfredo, Maciuś i Alfonso. podczas prac żadne króliki nie ucierpiały)

piątek, 1 kwietnia 2011