piątek, 23 grudnia 2011

rzutem na taśmę

jak zwykle wszystko kończę na ostatnią chwilę. doszywam ostatnie prezenty, dopucowuję ostatnie niedopucowane zakątki, dopiekam ostatnie ciasteczka, dowieszam ostatnie ozdoby na choinkę. w przedświątecznym galopie wpadłam tylko pochwalić się muchomorkową manią, która teraz padła na mnie i życzyć wszystkim świąt jak z bajki:)

ach! i dzięki Karolinie wreszcie bardzo powoli i baaardzo ostrożnie zaczynam oswajać się z kompletnie przerażającymi mnie do niedawna koralikami. i wiecie co..? podoba mi się!:) może kiedyś uda mi się wymotać coś chociaż w połowie tak cudnego jak Karolina:)

sobota, 17 grudnia 2011

tyciKtule

czyli kieszonkowa wersja wielkiego przedwiecznego;)
ostatnio z dużą frajdą wyigiełkowałam całkiem pokaźną rodzinkę i muszę przyznać, że w wolnej chwili gromadka prawdopodobnie jeszcze się powiększy...;) dwa największe Ktule to grzechoty, reszta to zwykłe dyndadełka. przy okazji zapraszam do polubienia strony Cthulhu Cultists Association - Polska na facebooku:)





i na koniec, żeby nie było, że świąteczny klimat omija mojego bloga - santa Ktul!:)

sobota, 10 grudnia 2011

dinożarł i mnóstwo słodkości

święta zbliżają się wielkimi krokami, roboty moc, tej filcowej też i pora wreszcie zacząć to wszystko ogarniać, systematyzować i fotografować. na pierwszy rzut do zdjęć idzie oczywiście to, co za chwilę ma wytuptać z domu w bliższą lub dalszą podróż. a "domownicy" jeszcze na swoją kolej czekają...;)
dziś na dobry początek dinożarł (lub my little dino, jak kto woli. i następny na bank będzie różowy z tęczą zamiast łapki na zadku!^^)







przy okazji muszę się pochwalić candy wygranym u Oli w jej niecodzienni. wczoraj dotarła do mnie paczka a w niej mnóstwo cudowności:





wszystko jest prześliczne, staranne i doskonale dopracowane. od pierwszego wejrzenia zakochałam się w myszach na huśtawkach:)


a totalnie rozbroiła mnie tajemnicza zawartość torby zająca Eustachego (tak tak, to imię koniecznie musi zostać:D), która okazała się być wyprawką dla malucha. jest w niej po prostu wszystko, czego młody zając potrzebuje na nowej drodze życia!;)



jeszcze raz wieeeeelkie dzięki dla Oli za wyczarowanie dla mnie tych wszystkich cudeniek. no i dla losującej żabki, bez niej nie byłoby u mnie tej uroczej gromadki:D

wtorek, 22 listopada 2011

pierwsze koty za... dżemy:)

zostałam ostatnio poproszona o wykonanie kociego ubranka na komórkę. kot pokrowcowy, na cześć innego kota, koniecznie musiał być czarny i w ramach pewnego kompromisu musiał polować na kłębek (bo, cyt: "guzik na słomce i inne patyczki jakoś nie bardzo były by czytelne ;DDD").
pokrowiec już chwilę temu na skrzydłach naszej ukochanej poczty poleciał hen hen, na drugi koniec Polski, ale z upublicznieniem jego wizerunku wolałam się wstrzymać do czasu, aż przekazany zostanie w ostateczne i docelowe łapki:)




w paczce "zwrotnej" znalazłam za to całe mnóstwo pyszności. aż żal otwierać!

niedziela, 13 listopada 2011

koty i inne wypadki

grzechotkowanie bardzo przypadło mi do gustu:) powstał kolejny grze-kotek, a w "produkcji" i w planach są już kolejne grzechoczące zabawki. zwłaszcza, że obdarowana zostałam zapasem pudełeczek z kinder niespodzianek.
najnowszy potworek nie mógł po prostu mieć innego koloru, ponieważ obdarowana nim ma być pięciolatka:D ale żeby nie było całkiem monochromatycznie, kotu dostały się turkusowe paski upodabniające go troszeczkę do słynnego kuzyna z Cheshire;) tylko uśmiech ma mniej demoniczny i skłonności do znikania też na razie nie wykazuje;P






przy okazji mogę się pochwalić, że udało mi się połamać pierwszą igłę w swojej filcowej karierze^^ w tym tygodniu udało mi się też zaliczyć pierwszą stłuczkę. jakieś destrukcyjne te ostatnie dni, ale mam nadzieję, że teraz już będzie tylko lepiej:)

poniedziałek, 3 października 2011

grze-kot-ka...

czyli grzechotka w postaci kotka;) (...z głupią miną...)
powstała jako prezent dla miesięcznego synka naszych przyjaciół. nie wiem co prawda, czy Jędruś będzie lubił koty i kolor zielony, ale na pewno obie te rzeczy figurują na liście "ulubionych" jego Mamusi:) zanim Jędruś weźmie kociaka w obroty (a trochę czasu pewnie jeszcze upłynie;P), będzie on pewnie ozdobą dziecięcego pokoju. 
muszę przyznać, że robienie grzechotek bardzo mi się spodobało i już powstaje kolejna, też zielona...:>


sobota, 24 września 2011

schyłek lata

astronomicznie mamy już jesień, chociaż wyglądając przez okno trochę nie chce się w to wierzyć:) dopiero wychodząc na balkon czuję w powietrzu zapowiedź długich i chłodnych wieczorów, ale mam nadzieję, że zbyt prędko one nie nadejdą. szczególnie po tegorocznym lecie, które ani nie było specjalnie słoneczne, ani gorące i jakoś tak przeciekło mi między palcami...
pora powoli zająć się kompletowaniem cieplejszej garderoby i przeorganizowaniem szafy:) tymczasem wygląda na to, że udało mi się nie dość, że skończyć wymarzonego ciucha, to jeszcze go obfocić! to niestety nie zdarza się często, bo kilka ubranek już zostało nieźle znoszonych, a nadal nie doczekały się żadnego uwiecznienia...;) ciągle obiecuję sobie to nadrobić. i w końcu to zrobię!:D
przyznaję bez bicia, że ciuszek jest bezczelną zżyną, ale widząc to zdjęcie po prostu się zakochałam! szkoda, że tak późno (tzn już po obmyśleniu wszystkiego i skrojeniu) odnalazłam cały wpis dotyczący tej spódnicy. oszczędziłoby mi to kombinacji z ilością klinów, sposobów zapinania i innych atrakcji. koniec końców stanęło na czterech klinach i spódnicy "wciąganej" i dopasowywanej za pomocą wiązania gorsetowego wspomaganego dwoma zatrzaskami. czyli w sumie aż taka zżyna to jednak nie jest:)
zdjęcia świeżutkie, pstrykane dzisiaj podczas spaceru po parku staromiejskim, przy okazji łapania ostatnich ciepłych promyków:)


fot. J. S.

a skoro już dzisiaj jesteśmy przy tematach krawieckich i końcach, to udało mi się jeszcze ostatnio skończyć walkę z sukienką koleżanki, która po zrzuceniu paru kilogramów zaczęła wyglądać dość workowato. no a poza tym nudna była straszliwie! zwęziłam ja więc tu i ówdzie, pasek wymieniłam na szarfę i doprawiłam zwiewne niby-rękawki. nie mam zdjęcia Sylwii "przed", ale na wersji "po" widzę całkiem niezłą laskę i cieszę się, że miałam w tym swój malutki udział:)

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

dzik w trawie piszczy



kilka miesięcy temu (ale mi wstyd _^_) pierwszy raz zobaczyłam i natychmiast zakochałam się w dziczkach wychodzących spod zdolnych rączek Faeriany. kiedy dostałam propozycję wymiany byłam przeszczęśliwa. Faeriana zażyczyła sobie zakupówkę z haftowanym kotem. trochę ;) mi zeszło zanim udało się uporać z zadaniem. tak właściwie to ja nie całkiem lubię haftować. to znaczy nie do końca, ja nienawidzę się po prostu do tego zabierać, potem już jest z górki:D
w związku ze zwłoką i przeciąganiem całej sprawy o co najmniej wieki, jak nie już nawet o nieskończoność;), postanowiłam sprezentować Faerianie "firmowy" breloczek z kociakiem. wiem, że przesyłka dotarła jeszcze w zeszłym tygodniu i że nowa właścicielka torby jest zadowolona. do mnie dziczek zapukał dziś rano. i co tu dużo mówić... jest BOSKI:D

nie przedłużając, oto faerianowa torba







i jeszcze raz dziczek


wtorek, 9 sierpnia 2011

zło i niedobro

no dobra, nie tak całkiem...:D
udało mi się wreszcie odkurzyć swój wirtualny kącik po obronowych trudach. i choć trochę mi to zajęło, powracam z całkiem sporym stosikiem nowych craftowanek. na początek filcowanki (tak trochę coby nie było, że blog filcowanki ma w tytule, a filcu to tu na razie niewiele;P)
chronologicznie wypadłoby to mniej więcej tak:
połowa czerwca, urodziny Madzi, która w kwietniu obdarowała mnie śliczną torbą, nie mogłam więc pozostać dłużna i z okazji jej święta sprezentowałam jej arbuzowe kolczyki. w końcu udało mi się przepołowić filcową kuleczkę nie rozbebeszając jej przy tym doszczętnie! :F


na tym skończyły się czerwcowe słodkości, dalej już tylko zło i niedobro;)
najpierw z okazji dnia ojca, dla zodiakalnego skorpiona, powstał taki potworek:




a następnie w XVII-wiecznych warunkach polowych (tak tak, rekonstrukcja historyczna to kolejne moje hobby, ale o tym innym razem:) ),  gdy panowie ku powszechnej radości okładali się czym popadło po głowach (twierdzili, że to bitwa...) i z braku lepszych zajęć na świat przyszedł mały Cthulhuś




Cthulhuś zyskał powszechną sympatię i opuścił mnie tuż po narodzinach, aktualnie zamieszkuje na zmianę u wujka Levego w Zielonej Górze (on też jest autorem tego urokliwego, tfu, plugawego portreciku), albo w jego pubie (polecam!)

czwartek, 26 maja 2011

czas pisania pracy magisterskiej powinien być okresem wielu wyrzeczeń i intensywnej pracy... aż sama się śmieję, gdy to piszę, bo czas ten chyba jeszcze dla mnie do końca nie nadszedł, chociaż zostało mi jakieś 5 tygodni studiów;) w każdym bądź razie staram się jak mogę skupić na tym, co teraz powinno być dla mnie najważniejsze i wmawiam sobie, że na craftowanie czasu absolutnie nie mam! no ale w końcu nie wytrzymałam...;)

najpierw, w związku z dzisiejszym świętem powstał Stefek


potem postanowiłam spełnić swoją drobną zachciankę, która chodziła za mną już od dłuższego czasu, czyli kocie uszy montowane na spinkach;)


a ostatnie "dziełko" z tej tfu-rczej sesji to już osobna historia;)
prawdopodobnie wszyscy moi znajomi wiedzą o mojej szczególnej sympatii do pewnej maskotki... nie jest to zwykła maskotka, to towarzysz moich wszystkich podróży, bez którego nigdzie się nie ruszam. Kryspin, bo tak się właśnie nazywa jest już ze mną prawie cztery lata, podczas których zwiedziliśmy razem kawałek świata i podczas których kryspinowa rodzinka zdążyła się całkiem znacznie powiększyć


Kryspin od dwóch lat ma dziewczynę, Kornelię,zapoznaną w Wieruszycach za uprzejmością córki naszych znajomych, która zdecydowała się rozstać ze swoją zabawką w imię szczytnego celu połączenia tych dwojga (Zuzia, jesteś wielka!:D). nadszedł wreszcie czas, aby oprócz wszystkich zaginionych braci i szwagrów, którzy dołączyli do mojej gromadki, rodzina Kryspina naprawdę się powiększyła! oto Kryspin Junior w objęciach mamusi:)

piątek, 22 kwietnia 2011

aaaale się działo ostatnio!:) niecraftowo - ale to nie miejsce i czas aby o tym pisać; i craftowo też oczywiście. po kilkunastu (-dziesięciu?) miesiącach czajenia się, udało mi się wreszcie wybrać na warsztaty z filcowania. od razu zaliczyłam oba kursy (z filcowania na mokro i sucho), bo się zdecydować nie mogłam, a poza tym jak szaleć to szaleć:D no i oto są efekty zabaw z "rozpoznaniem terenu":
są już też pierwsze małe sukcesy (przynajmniej w moim odczuciu;P) w kierunku filcowania świadomego, a nie eksperymentalnego, jak powyżej:
jestem zachwycona lekkością i efektownością tych kolczyków! no a poza tym są moje, własne, prywatne, tymi rencyma wymotane;P i cieszą no!

jako, że w międzyczasie udało mi się jeszcze przy okazji zestarzeć, to muszę pochwalić się dwoma prezencikami otrzymanymi z tej okazji.
Madzia sprezentowała mi cudownie haftowaną torbę. a że strasznie mi jej szkoda (+10 do destrukcyjności) i nie ma opcji, żebym używała jej na co dzień, bo długiego życia to jej nie wróży, postanowiłam ulokować w niej świeżo zdobyty osprzęt do filcowania. przy takim układzie będę z niej często korzystać, a prawdopodobieństwo zniszczenia ogranicza się do minimum:)
drugi prezent to książka od Ani. no i chyba już wiem jaka będzie kolejna dziedzina tfu-rczości jaką się zajmę;P od kilku lat chciałam nauczyć się szydełkować, a teraz wreszcie mam motywację (szydełkowy cthulhu rozbroił mnie totalnie!) i jakąś podstawę teoretyczną, którą może będę w stanie zrozumieć....;)

ostatni nius na dziś to wieści z muzycznego frontu i dowód na to, że moje dzieło życia jest jednak używane (a nie trzymane w domowym zaciszu, coby się przypadkiem nie zniszczyło;P hmmm... czy ja dzisiaj nie napisałam czegoś podobnego?:D).  strasznie się cieszę, że się do czegokolwiek nadaje, nawet jeśli nie do końca dogadaliśmy się z rozmiarami;P

fot. C. Tedesco

niedziela, 3 kwietnia 2011

nie wiem, jak to się dzieje, ale zwykle gdy coś, co wymajstruję, bardzo mi się podoba, to za Chiny nie udaje mi się zrobić porządnej fotki...;) a to nie ma czasu (bo kończę rzutem na taśmę lub jestem tak zachwycona efektem, że od razu lecę kogoś obdarować), a to się bateria wyczerpała w aparacie, a to światło kijowe... a potem idą w świat i szansa na lepsze zdjęcie często odchodzi bezpowrotnie. tak też było w przypadku dwóch świeżo uszytych rzeczy.



pokrowiec na pałeczki w piątek poleciał razem z nowym właścicielem do Rzymu. jak dotychczas to chyba najbardziej skomplikowany projekt jaki wykonałam, i w który włożyłam sporo pracy. no ale nie odmawia się perkusiście ulubionego zespołu:))) niestety, mimo różnorakich kombinacji nie udało mi się zrobić zdjęcia, na którym miśki wyglądałyby jak w rzeczywistości:( te skrajne są bardziej morskie niż błękitne, te najciemniejsze bardziej fioletowe niż granatowe, pomarańcz też nie ta... zbliżenia już troszkę lepiej oddają kolory:


w każdym bądź razie, liczę na lepsze kolorystycznie fotki z pokrowcem w użyciu:) bo mam nadzieję, że do użytku się on będzie nadawał:D prawdę mówiąc, byłam przerażona, kiedy zobaczyłam w jakimś sklepie internetowym jak wyglądają profesjonalne pokrowce na pałeczki, bo wyobrażałam sobie to całkiem inaczej. bardziej jak hmm... etui na długopisy? nie miałam zielonego pojęcia jakie powinny być odpowiednie wymiary i na co zwrócić uwagę, ale chyba wyszło fajnie, a tak przynajmniej twierdzi nowy właściciel. i to najważniejsze:) mam nadzieję, że chłopaki uśmiechną się widząc moje "dzieło" przy tworzeniu nowej płyty:)


Maciuś - kot torebkowy, czyli urodzinowego maratonu ciąg dalszy:) Maciuś, od imienia kota przyjaciółki, powędrował do niej dziś w związku z jej świętem. co tu wiele pisać, wszystkiego naj jeszcze raz Myszaku:*
hmmm... no może jeszcze tylko tyle, że kolory znów nie te, bo kot jest w kolorze ecru, i obszyty jest nitką w pięknym odcieniu fioletu:)

(w tworzeniu zdjęcia udział wzięli: K. <jako fotograf>, Alfredo, Maciuś i Alfonso. podczas prac żadne króliki nie ucierpiały)

piątek, 1 kwietnia 2011

środa, 16 marca 2011

urodzinowo

marzec i początek kwietnia to dla mnie każdego roku bardzo intensywny okres ze względu na ogromną kumulację urodzin bliższych i dalszych znajomych. jest to czas, który wymusza na mnie wzmożoną kreatywność w wymyślaniu prezentów (co w gruncie rzeczy wcale mnie aż tak bardzo nie smuci;P) i czasem (a może nawet trochę częściej..^^) zdarza się, że do moich najbliższych trafiają drobiazgi wydłubane przeze mnie. w tegorocznym maratonie urodzinowym jak na razie w świat poszły dwa:

torba z kotem (którego ja najchętniej nazwałabym Farfocel, ale nie wiem, co na to nowa właścicielka;P) to wspólne dzieło z Madzią, która wykonała śliczną haftowankę. to moja druga własnoręcznie szyta torba w życiu (czemu jeszcze nie ma tu notki o pierwszej, to ja zupełnie nie rozumiem;), pierwsza tego typu. do "zakupówek" w ogóle nigdy specjalnie przekonana nie byłam, tzn podobały mi się u kogoś, ale żebym sama miała z czymś takim chodzić... a tymczasem gotowy efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania! torba okazała się bardzo wygodna, oddawałam ją z ciężkim sercem i w najbliższej wolnej chwili mam plan uszyć sobie podobną:)

pandowa opaska, a właściwie opaska z wielką kokardą i panda-broszka, to kolejne pandowe gadżety (po gumkach, magnesach i nie pamiętam czym jeszcze...) dla  Ani, która na drodze różnych dziwnych wypadków została poniekąd zmuszona do sympatyzowania z tymi uroczymi misiami:) chyba nie jest jej z tym bardzo źle, zwłaszcza, że entuzjastycznie reaguje na kolejne pandowe prezenty:)

czwartek, 24 lutego 2011

dyndałek

ostatnio zauważyłam, że w mojej ukochanej torebce zaczyna się nadrywać ten taki noo.... dyndałek:D (kawałek skóry doszyty do suwaka, który ma ułatwiać rozpinanie zamka) a poza tym wiosna idzie, przyszedł więc czas na modyfikacje klasycznej czarnej torby w stronę nieco weselszą. i tak powstał kociak, który od dziś radośnie dynda sobie razem z oryginalnym i dogorywającym już dydałkiem;)

środa, 16 lutego 2011

wtorek, 15 lutego 2011

nadejszła wiekopomna chwila...

...i czas wreszcie na pierwszą notkę;)
a wraz z nią nieśmiało wygląda zza poduchy misiczka Zosia w spódniczce na szeleczkach, która wcale nie jest z filcu, ale bardzo chciała wystąpić tu jako pierwsza:)